24/09/2024
"Blok na Modlińskiej"
Tarchomin o północy to nie miejsce, w którym chciałbyś być. Ale kto by się tym przejmował? Piotrek i Wojtek, dwaj kumple z bloku na Modlińskiej, nie takie rzeczy robili po pijaku. W tamten piątek wzięli kilka piw na dach ich osiedlowego wieżowca, bo „c**j, co innego robić?” – jak to powiedział Wojtek.
– Ej, słyszałeś o tym, co się działo w tym starym bloku na końcu osiedla? – zagaił Wojtek, odpalając papierosa. – No pewnie, stary. Duchy, mordy i inne pierdoły. Typowa miejska legenda. Kto w to jeszcze wierzy? – Piotrek machnął ręką, zaciągając się piwem.
Blok, o którym mówili, stał trochę na uboczu, bardziej zarośnięty i opuszczony niż reszta. Niby niegroźny, ale zawsze ktoś z osiedla twierdził, że widział tam coś dziwnego. A że to Tarchomin, to ludzie mają bujną wyobraźnię – tak przynajmniej uważał Piotrek.
– Słuchaj, skoro jesteśmy na fazie, to czemu by nie sprawdzić tego samemu? – rzucił nagle Wojtek z ironicznie uniesioną brwią. – Ty chyba, k***a, żartujesz? Masz ochotę na horror klasy C? Bo ja niekoniecznie – Piotrek zaśmiał się nerwowo, ale jego wzrok już spoczął na budynku, który wyraźnie kontrastował z resztą osiedla. – Ale dobra, wyjebane, chodźmy. Co może pójść nie tak?
Pięć minut później, stali pod starym, zaniedbanym budynkiem. Piotrek walnął Wojtka w ramię. – Znasz to uczucie? To to, kiedy wiesz, że robisz coś pojebanego, ale jesteś zbyt głupi, żeby się zatrzymać? – Tak, Piotrek, to się nazywa życie. No chodź.
Drzwi, o dziwo, były uchylone. Nie trzeba było się z nimi siłować. W środku panowała kompletna ciemność, jedynie latarki z telefonów rzucały mdłe światło na zakurzone ściany.
– Dobra, to teraz co? Biegniemy, krzyczymy i szukamy duchów? – Piotrek rzucił z przekąsem, próbując rozładować napięcie. – Jak dla mnie to po prostu robimy mały rekonesans i wracamy na dach. Duchy duchami, ale piwo nie będzie wiecznie zimne.
Przemierzali ciemne korytarze, a echo ich kroków wydawało się dziwnie zniekształcone. Nagle, na drugim piętrze, Wojtek przystanął.
– Słyszysz to? – spytał, podnosząc rękę, jakby próbował nasłuchiwać. – Nie, nie słyszę, bo ktoś postanowił pi*****ić o duchach – Piotrek próbował ironizować, ale rzeczywiście usłyszał dziwny dźwięk. Delikatne stukanie... jakby ktoś dreptał po korytarzu.
– Spokojnie, pewnie to wiatr. Albo jakiś bezdomny. – Wojtek machnął ręką, chociaż sam nie wyglądał na przekonanego. Ruszyli dalej, ale stukanie stawało się coraz głośniejsze. I... bliższe.
– Okej, teraz zaczyna być trochę creepy. – Piotrek odwrócił się do Wojtka. – Może to dobry moment, żeby spierdalać?
W tym momencie latarka Piotrka zgasła. Mrok ogarnął ich całkowicie.
– No zajebiście, teraz mamy prawdziwy horror. – Wojtek próbował odpalić swoją latarkę, ale telefon zaczął wariować, pokazując losowe cyferki na ekranie.
– Co do... – Piotrek nawet nie skończył zdania, gdy z końca korytarza usłyszeli ciężkie kroki. Wolne, rytmiczne.
– Dobra, teraz naprawdę spierdalajmy. – Wojtek złapał Piotrka za ramię i zaczęli biec w stronę schodów. Kiedy wbiegali na dół, poczuli, jak coś zimnego przesuwa się po ich karkach. Piotrek odwrócił się na moment – i zobaczył.
Postać. Wysoka, zgarbiona, z wykrzywioną, przerażającą twarzą, która wyglądała, jakby była... narysowana? Tylko że to nie był żaden obraz. To było prawdziwe.
– K***a, Wojtek! Biegnij szybciej!
W końcu wybiegli z budynku. Piotrek dyszał ciężko, opierając ręce o kolana.
– Co to, k***a, było?! – wykrzyczał, próbując złapać oddech. – Nie wiem, stary, ale wracam do domu. Duchy na Tarchominie to nie mój vibe. – Wojtek zaśmiał się, choć w jego głosie słychać było wyraźne drżenie.
Nagle usłyszeli zgrzytliwy, mechaniczny dźwięk. Drzwi budynku zamknęły się same. Wojtek spojrzał na Piotrka.
– Mówisz, że piwo jest jeszcze zimne? – Pierdolę piwo. Wracajmy do domu.
Zanim jednak ruszyli, spojrzeli na blok raz jeszcze. Na jednym z okien, na piątym piętrze, coś się poruszyło. Coś, co wyglądało dokładnie jak ta wykrzywiona twarz, którą widzieli wcześniej.
– Nigdy więcej, stary. – Wojtek skrzywił się. – Nigdy więcej, człowieku. Nigdy więcej Tarchomina w nocy.