23/01/2019
Dziś Dzień Dziadka. To świetna okazja, abyście poznali naszego dziadka - Stefana i odrobinę historii o naszej Piekarni.
Wszystko zaczęło się ponad 60 lat temu, choć tradycje wypieku pieczywa były już praktykowane w naszej rodzinie znacznie wcześniej - jeszcze w czasie II wojny światowej. Ich inicjatorką była babcia Józefa (dziś ma 96 lat), która wraz z mężem Janem Kosiorem założyła piekarnię w 1943 roku. Małżeństwo doczekało się wspólnie piątki dzieci, lecz nieoczekiwanie babcia owdowiała. Powtórnie wyszła za mąż za Stefana Krawczyka, naszego dziadka. Razem kontynuowali prowadzenie piekarni od 1957 roku, kiedy to dziadek nabył mistrzowskie prawa do rzemiosła.
Piekarnia działała wtedy przy ul. Wysokiej. Praca przy wypieku pieczywa była ciężka, ale jednocześnie dla dziadka stanowiła wielką pasję - żył nią i kochał ją całym sercem. Posiadał dyplom czeladnika i mistrza w zawodzie piekarz.
W tamtych czasach wszystko robiło się ręcznie - wyrabianie ciasta odbywało się w drewnianych bajtach, a pieczywo „szło” na łopacie do pieca. Z dzieciństwa najbardziej w pamięci utkwiło nam to, co pewnie pamiętają do dziś Klienci, czyli zsuwający się chleb po tzw. suwarze, gdzie od piekarzy odbierała go bezpośrednio sprzedawczyni w sklepie (sama piekarnia była na wyższej kondygnacji). Na hasło: "uwaga jedzie", wszyscy stali w gotowości. Chleb był gorący, prosto z pieca. To była największa atrakcja. I ten niesamowicie zapadający w pamięć zapach pieczonego chleba. Coś wspaniałego.
W poprzedniej epoce prywatni piekarze mieli limity na mąkę, tak naprawdę mogli piec tylko tyle, na ile im pozwolono. I niestety za pieczywem trzeba było często "odstać" swoje.
Wypieki dziadka Stefana sprowadzały się jedynie do dużego okrągłego chleba, zwykłych bułek i drożdżówek, dzięki czemu receptury miał „zapisane” w głowie. Receptury dziadka wciąż wyznaczają nam pewien kierunek.
Staramy się kontynuować jego pracę najlepiej jak potrafimy i mamy szczerą nadzieję, że byłby z nas dumny.