25/01/2026
WAŻNE! dzisiaj podwójna premiera: nowy tekst i to podwójnie czyli do czytania na Facebooku i do słuchania, a nawet trochę oglądania na YouTube - zapraszam.
Proszę bardzo komentujcie Youtuba, lajkujcie i udostępniacie (tylko miejcie litość bo to mój „pierszy raz”, trema i brak doświadczenia :))
jeśli lubicie nas i to co robimy, jeśli chcecie ciągu dalszego to wspierajcie ten projekt na buycoffe.to/100bochenkow
wszystkie linki w pierwszym komentarzu.
______________________________________________________________________________________
dedykacja: dla Natalii, która wychodząc spytała - Będzie relacja? Będzie?
(dedykacja Mamek approved :))
„Z Mamkiem w Oslo - Dziennik zamorskiej wyprawy.
z cyklu „Za chlebem i nie tylko” - jeszcze nie wiem jak cykl się będzie nazywał ani czy to wogle będzie cykl
w uszach moja ulubiona podróżnicza muzyka czyli „Buena Vista Social Club”
Dzień pierwszy.
Wylot mieliśmy według rozkładu po siódmej rano, więc profilaktycznie obudziłem się o 3 w nocy.
Było we mnie sporo obaw bo przecież, ze względu na moje dziadoskie zdrowie, miałem zakaz latania i nigdzie „dalej” nie byliśmy od paru lat. �Co będzie jak w czasie lotu np. eksploduje mi głowa a jeszcze co gorsza eksploduje nad terytorium Skandynawii i trafię do Walhalli a tam jak wiadomo trzeba cały czas ostro imprezować z kumplami a potem się z nimi tłuc… i tak w kółko… nie jest to moja wymarzona wizja raju.
Postanowiłem myśleć o czymś przyjemnym np. o tym, że w czasie tej podróży, która ma mieć około 3000km i zaprowadzić nas do zamorskiego kraju, którego nie znamy i gdzie ludzie mówią jakimś dziwnym językiem nie muszę mieć żadnego bagażu. A ja lubię chodzić z rękami w kieszeniach nie martwiąc się o to, że pewnie zaraz gdzieś zostawię torbę a w niej klucze i kartę bankową.
Na lotnisku byliśmy o czasie. Organizator wyznaczył zbiórkę koło bistro X z tym, że o siódmej rano szyld bistro i całe bistro było zasłonięte żaluzją a nie było żadnego innego oznaczenia. My wiedzieliśmy więc czekaliśmy spokojnie. W pewnym momencie czuję stukanie w ramie i głos kobiecy, który pyta „A to nasi Państwo z piekarni?” chachacha - lubię wiedzieć, że Kraków, który w porywach ma koło miliona mieszkańców tak naprawdę jest malutką wioseczką, gdzie wszyscy się znają!
Wsiadamy do samolotu, ja pierwszy raz leciałem liniami lowcostowymi, więc niemiłym zaskoczeniem było, że miejsca są losowane oczywiście wylosowaliśmy na dwóch końcach kabiny a ja potrzebuję wiedzieć, że jestem pod Mamkowymi skrzydłami! Drugie niefaaajne, to to, że te okropnie niewygodne fotele nie mają wyświetlaczy a ja lubię mieć kontrolę nad podróżą, najlepiej z dokładnością do metra!
Ale ma być fajnie, wszystko ma swoją cenę, jakaś dobra Pani się zlitowała, zamieniła miejscami, siedzimy razem, startujemy, jest OK.
Za oknem nic nie widać bo ciemno, potem nic nie widać bo już jesteśmy nad Oceanem Bałtyckim, który cały jest pokryty mrozowymi chmurami, wiec nie widać żadnych Drakkarów ani Krakenów. Generalnie ja wogle nie widziałem za dużo za oknem hihihihi…
Potem zostałem dopuszczony do okna ale okazało się, że już jesteśmy nad lądem i całkiem otoczyła nas chmurzasta mgła. Z głośników dowiedzieliśmy, że jesteśmy już nad Norwegią… pomyślałem „ta Norwegia to piękny kraj jest!” i tak było do lądowania.
Ale kiedy już wylądowaliśmy na malutkim lotniseczku Sandefjord Torp (około 100 km na południe od Oslo) to czekało nas pierwsze miłe zaskoczenie, w Norwegii było cieplej niż w Polsce o jakieś 15 stopni! Czekał już na nas czyściutki, cieplutki autokar więc ruszamy ku nowej przygodzie!
Pan Opiekun z żywiołowością uczelnianego wykładowcy, który mówi swoją prelekcję już zylionowy raz opowiadał o każdym kilometrze autostrady. Ale też trudno oczekiwać świeżego żartu od kogoś kto rzetelnie chce nam podać zasób informacji i robił to samo wczoraj i przedwczoraj i jeszcze…. ileś tam razy wcześniej…
Jako pierwszy, robimy postój w wielorybniczej wiosce, w dodatku najstarszej miejscowości Norwegii czyli Tonsberg (IX wiek). Fajny malutki skansenik z kilkoma replikami łodzi wikingów zrobionymi według odkopanych oryginalnych łodzi. Wokół tych łodzi kręciła się grupa szkutników, którzy według opisu do rekonstrukcji używają tylko tradycyjnych narzędzi i metod. Tyle co skończyłem czytać a zza łodzi wyszedł Pan z piłą motorową i zrobił wrrrrrrrrrr…
Kolejny punkt to Park Vigelanda. To już obrzeża samego Oslo, Park znany z umieszczonej tu ekspozycji ponad 250 rzeźb tegoż Vigelanda i jego ekipy, które pokazują koło 600 postaci ludzi, kobiet, mężczyzn, dzieci w różnych momentach życia. I wszyscy goluści jak ich Odyn stworzył. Figury naprawdę robią wrażenie bo w taki materiałach jak kamień czy metal pokazane są fałdki skóry na brzuchu, pośladki zgniecione siedzeniem czy puste bo wykarmione biusty. Mówię to bez podtekstu czy śmichów, naprawdę robi wrażenie, choć w głowie mi trochę siedziała analogia z germańskim monumentalizmem najmroczniejszych chwil wychwalania rasy panów.
Spacer po parku zaczęliśmy od kilku minut wpatrywania się w chmurę, która skutecznie zasłaniała słynną skocznię Holmenkollen a skończyli wspaniale, bo pierwszą kawą. Tego dnia wypiliśmy co najmniej kilka kaw a mogliśmy to robić z zadowoleniem bo były nie za mocne i bardzo smaczne! Norwedzy nie mają złych kaw???
Jedziemy do samego centrum, z okolic Ratusza docieramy do portu wodnego tramwaju i wyruszamy na godzinny rejs po Oslofjord. Mamek musi jechać twarzą do kierunku jazdy więc trochę się naprzesiadaliśmy zanim zrozumieliśmy, że ten stateczkowy tramwaj jak w tym cytacie „piękna kobieta jest jak róża, nie ma przód, nie ma tył!” czyli łódź ma dwa rufodzioby a na górze jest akwarium w którym siedzi kapitan i obraca się z całym sterowaniem w potrzebną stronę. Patrzyliśmy z zachwytem na malutkie domki na wyspach, przytulone jeden do drugiego, pewnie z zimna. Norwegia protestancki kraj, więc w oknach nie ma zasłon w oknach. Widzieliśmy w nich mieszkańców, żyjących swoim normalnym, surowym życiem… trochę bajka!
Po powrocie, podziwiamy monumentalny ratusz i zaczyna się „czas wolny” czyli coś co lubimy najbardziej. Ruszamy do miejsc, które wybieramy według naszego klucza czyli miejsc, który wybierają lokalsi.
Mamek wyszukuje pierwsze z nich czyli Baker Hansen. To pierwsza z kilku piekarni, które odwiedziliśmy. Oczywiście ja wpadam w radosny stan, nie mogę się nawąchać i naoglądać. Gadam z wszystkimi w piekarni naraz, śmiejemy się, ja macham rękami pytając o wszystko, bo wszystko wygląda pysznie. Najlepsze, że kiedy Mamek wskazywała na kolejną ciekawą rzecz, od razu ja kupowałem. Potem zdziwiony dowiedziałem się, że np. kupiliśmy Knekkee Brot, tradycyjne pieczywo norweskie czyli takie deseczki jak chlebek Wasa ale o niebo lepsze. Już znalazłem przepis i będziemy sobie to piekli i namawiali innych bo dobre! W tej piekarni też zjedliśmy naszą pierwszą Kanelbullee czyli… cynamonkę…. potem probowaliśmy cynamonek jeszcze w Backstube ale już „mniej dobrą” i pani była „mniej miła”. To chyba była jedyna „mniej miła osoba” w czasie naszego pobytu. W Oslo chyba wszyscy są mili i przyjaźni, przez cały czas spotykały nas uśmiechy i sympatyczne słowa. A nawet nawiązaliśmy kilka znajomości, które mogą mieć ciąg dalszy. Choćby w czasie obiadu, zjedzonego w znanej restauracji The Salmon, położonej na samym wybrzeżu fiordu. No, tanio nie było, bo Oslo jest drogim miastem (chociaż krakowian te ceny nie szokują, bo są tylko „trochę” wyższe niż nasze hihihihi). W karcie tylko kilka pozycji ale… powiadam Wam… poezja! Za obiad dla dwóch osób zostawiłem 800 NOK czyli ok. 300 zł. Trochę jest ale chętnie zostawię znowu!
Po drodze jeszcze jakieś sklepy i idziemy, znowu grupowo, zobaczyć pałac królewski. Rzeczywiście mieszka w nim rodzina królewska, ale w lecie pałac można zwiedzać, park królewski jest cały czas otwarty a w ciepłe dni można w nim piknikować. Dziwne nie? w dodatku ten protestancki król ma normalne wykształcenie i zawód, jest rolnikiem. Pan już sędziwy więc szczytowe możliwości za nim, ale regularnie odwiedza swoją farmę biorąc udział w jej życiu. Te protestanty to mają w głowach jakoś dziwnie poukładane hihihihi…
Pomału zapada zmierzch, idziemy ulicą przez sam środek miasta. Mijamy Parlament, Uniwersytet, luksusowe sklepy najbardziej znanych marek, protestancką katedrę z XVI wieku. Mijamy dworzec główny i dochodzimy do trzech ostatnich a istotnych miejsc.
Piękny gmach Opery, zbudowany z kilku jakby nakładających się na siebie trójkątów sięgających brzegu fiordu. Po nich można wejść na dach i podziwiać okoliczne panoramy. Można ale nie kiedy my tam jesteśmy bo oblodzone i niebezpiecznie.
Obok monumentalne gmaszysko Biblioteki miejskiej, całe przeszklone i świecące. A za operą nowoczesny gmach Muzeum Muncha. W nim trzy wersje słynnego obrazu Krzyk (w różnych kolorystykach). Są cztery ale jeden obraz Munch sprzedał sąsiadowi i teraz jest w prywatnych rękach wart jakieś niebotyczne pieniądze.
Autokar już czeka jedziemy tym razem na lotnisko Gardermoen - to nowoczesne, olbrzymie lotnisko położone koło 40 km od Oslo (z lotniska kursuje wahadłowo kolejka do Dworca Głównego, jedzie się tylko dwadzieścia kilka minut - miodzio!)
Wsiadamy do samolotu, znowu krótka „walka” o miejsca, startujemy i dostajemy ostatni prezent bo całą drogę towarzyszy nam zorza polarna.
Tylko lądowanie w Krakowie to był dla mnie koszmarem, ból głowy, chwilowa utrata słuchu… ale już wiem, że są specjalne zatyczki, które pomagają.
Po powrocie do domu, zmęczeni padamy na łóżko a Mamek już trochę przez sen mruczy „Dziękuję Ci za ten dzień, tak bardzo się mną zajmowałeś i byłeś bardzo opiekuńczy!”…. a ja czuję się jak bohater!
i już knuję następny wyjazd.
KONIEC DZIENNIKA
reasumując:
Oslo piękne, nowoczesne miasto! Niesamowicie czyste ale tak czysteczyste w miły, przyjazny sposób.
Przesympatyczni ludzie, wszyscy mówią po angielsku więc kompletnie nie ma problemu z komunikacją.
W czasie całego pobytu chyba nie widziałem człowieka palącego papierosy.
Bardzo uczynni i nienachalni, pan kelner spytany o możliwość podniesienia rachunku za obiad o tipa (napiwek) odpowiedział: „oczywiście można, bardzo mi miło, ale pamiętaj tylko jeśli jesteście zadowoleni!”.
Płatności tylko kartowe, więc nie ma potrzeby trzymania gotówki. Tanio nie jest, ale warto korzystać w końcu po to się jedzie, my przez dzień wydaliśmy ok. 2,500 NOK kupując jakieś drobiazgi i korzystając według chęci z kaw i jedzeń.
W czasie tego wyjazdu nie został kupiony ani jeden magnesik na lodówkę!
Organizatorem tego wyjazdu była firma Venua Tours - to nie był tekst sponsorowany! Za wszystko płaciliśmy sami!
I ostatnia rzecz: formuła jednodniowych wycieczek to świetny pomysł na poznanie nowych miejsc, wyrobienie sobie zdania czy to miejsce możemy polubić i wrócić by je lepiej poznać.
My napewno wrócimy do Oslo, raczej na trochę dłużej, miejsce bardzo przyjazne, mógłbym tam zostać na jakiś czas ot tak, z biegu… i mógłbym popracować np. w Baker Hansen 🙂
Chętnych zapraszam na testowy filmik, jeśli Wam się podoba to proszę komentujcie, lajkujcie i udostępniajcie… ale jeśli jesteście ciekawi co będzie dalej to wspierajcie nasze pomysły na buycofee.to
Wszystkim, którzy już nas wspierają ogromnie dziękuję!