25/10/2026
Bohaterką czterdziestej pierwszej z cyklu rozmów z naszymi Klientami jest Anna Tymińska. Zapraszamy do lektury.
-----------
- W ankiecie opublikowanej ostatnio na fan page'u piekarni pana Majchrowskiego napisałaś, że najbardziej smakuje Ci chleb oliwski, bo najbardziej przypomina dzieciństwo. Gdzie zatem spędziłaś dzieciństwo?
Na Przymorzu. To były trudne czasy, głęboka komuna, mieliśmy na osiedlu małą, prywatną piekarnię, do której chodziło się po chleb o piątej rano. Chleb był duży, gorący; chodziłam do piekarni z bratem, albo koleżankami. Wyprawa po ten chleb, często jeszcze przed świtem i kolejka, w której spotykało się znajomych i sąsiadów były nie lada przeżyciem. Tworzyliśmy małą, lokalną społeczności, której zwyczajem, rytuałem, celebracją był właśnie zakup chleba. Chleba, bo poza nim chyba nic wtedy w tej piekarni nie było. Staliśmy więc, jako dzieciaki, w tej kolejce, owiani zapachem ciepłego chleba i każde z nas cieszyło się, że będzie mogło przynieść ten chleb do domu. Świeże pieczywo w domu sprawiało radość i dawało poczucie bezpieczeństwa. Skubaliśmy ten chleb po drodze, więc gdy mama otwierała nam drzwi, to ćwiartki bochenka już nie było... (śmiech)
- Mama nie miała nic przeciwko temu?
Nie, nie miała. A ta kolejka, ten chleb, były całym naszym światem, najważniejszym wydarzeniem w misterium codzienności. Nie mieliśmy wtedy, jako dzieciaki, wielu innych zajęć. Nie było Internetu, nie było smartfonów. Byli za to rówieśnicy, podwórko, trzepak, boisko i... kolejki. Zakupy, drobne przyjemności i ten wspaniały chleb oliwski tworzyły naszą rzeczywistość. Ostatnio wzięło mnie na wspomnienia i przejechałam się na Przymorze. Ta piekarnia nadal tam jest, lecz tak podupadła, że przez przyzwoitość pominę milczeniem jej adres i szczegóły.
- Powiedziałaś, że chodziło się po chleb o piątej rano... Dlaczego tak wcześnie?
Bo później chleba już nie było, cały sprzedawał się na pniu. Kolejki były bardzo długie, tylko przy Dolnej Bramie jeszcze widuje się czasem takie.
- Ile się w nich stało?
Trzy kwadranse, godzinę, a nawet dłużej.
- Powiedziałaś, że tamten chleb był duży... Czy pamiętasz jak duży?
Byłam wtedy drobna, mała, więc wszystko wydawało mi się większe. To, co wtedy było dla mnie duże, dzisiaj ma normalne rozmiary. Ale wtedy te bochenki mogłby być większe, niż są obecnie, mogły mieć kilogram, a może nawet więcej.
- Gdzie mieszkasz obecnie?
W Jankowie Gdańskim, za obwodnicą.
- I aż stamtąd jeździsz po pieczywo do pana Majchrowskiego?
Tak. I z radością staję w kolejce przed piekarnią. Przypomina mi czas beztroskiego dzieciństwa, gdy zamiast relacji ze smartfonem i sztuczną inteligencją mieliśmy relacje pomiędzy ze sobą, wzajemne.
- Ale teraz, w kolejce też chyba każdy patrzy w swój smartfon...
Na szczęście nie każdy. Oczywiście są ludzie zapatrzeni w ekrany, są tacy, którzy śpieszą się, denerwują, ale są też tacy, którzy rozmawiają ze sobą. Bardzo brakuje mi tego w dzisiejszych czasach. Jeżdżę zatem na Dolną Bramę nie tylko po pieczywo, ale także po wspomnienia. Oliwski kupuję, a wspomnienia dostaję gratis... (śmiech)
- Próbowałaś piec chleb?
Tak, była taka moda, że wszyscy kupowali w Lidl'u kombiwary, więc uległam i ja tej pokusie. Ale nie da się wyczarować wspomnień z kombiwara... Wróciłam więc do pana Ryszarda.
- Skąd wiesz o tej piekarni?
Zauważyłam ją przypadkiem, na spacerze, a potem odszukałam w sieci i postanowiłam sprawdzić. Internet zatem - jak widać - ma także swoje dobre strony... (śmiech)
- Uciekłaś z Gdańska do Jankowa. Źle Ci się tutaj mieszkało?
Mieszkałam przez wiele lat w bloku i zawsze chciałam mieć dom, domek, rodzinę, pieska, ogródek. Marzyłam o sielance na wsi, spokoju, oddaleniu.
- I znalazłaś tam tę sielankę? Miasto nie przyszło za Tobą?
Przyszło, zabudowano nas tutaj, powstało ogromne centrum logistyczne, w planach jest przystanek kolei metropolitalnej. Pamiętam jak były tu pola, łąki, zagajniki, sarny, poziomki, grzyby. Na szczęście z domu i ogrodu nie widzę tego miasta, sielanka trwa. A na grzyby jeżdżę teraz do Lubiatowa.
- Tam sielanka niebawem się skończy...
No, cóż... elektrownia atomowa jest potrzebna, ale może mogłaby powstać w innym miejscu - takim, które już i tak jest zdegradowane, aby nie niszczyć tego pięknego lasu i plaży nad Bałtykiem.
- A co rośnie u Ciebie w ogrodzie?
Drzewa i krzewy owocowe, maliny, borówki, hortensje, lawenda, a latem dużo pelargonii, które bardzo lubię. Są też iglaki, sosny, kamienie... Mam też kominek, w którym właśnie zaczęłam palić. Lubię kominek, ciepło ognia, blask, taniec iskier.
- Masz też psa?
Tak, zawsze miałam psy, jeszcze na Przymorzu. Tu przez pewien czas były nawet trzy oraz kot, ale teraz jest jeden; ma na imię Promyk, bo został wzięty ze schroniska Promyk. Jest z nami od czternastu lat.
- Pracujesz w domu, czy musisz codziennie opuszczać tę sielankę?
Pracuję w administracji biurowej, skończyłam studia humanistyczne.
- Gdzie studiowałaś?
W Australii, na zachodnim wybrzeżu, w Perth, zdobyłam tytuł Bachelor of Arts.
- Jaki chleb tam jadłaś?
W marketach był tylko paskudny chleb tostowy, ale udało nam się znaleźć malutki sklepik, prowadzony przez Niemców, w którym można było kupić ogórki kiszone, domowe ciasta i pieczywo, przypominające chleb oliwski.
- Czy Aborygeni pieką chleb?
Tak, rdzenni mieszkańcy Australii przez tysiąclecia wypiekali chleb, wytwarzając mąkę z nasion dzikiego prosa, spinifexu, trawy kangurzej, lub akacji. Nasiona mielili na ciężkich, kamiennych żarnach; wiek najstarszych szacowany jest na 30.000 lat. Chleb piekli bezpośrednio w ognisku, zakopując ciasto w gorącym popiele i żarze. Ten tradycyjny chleb Aborygenów nazywany jest Bush Bread. Współcześnie najbardziej znanym w Australii "chlebem z buszu" jest damper, stanowiący efekt przenikania się kultur. Brytyjscy osadnicy, zaadaptowali bowiem aborygeńską metodę pieczenia chleba w popiele, lecz zamiast trudnych do zebrania dzikich nasion, zaczęli używać przywiezionych składników, na przykład mąki pszennej. Z czasem damper stał się podstawą przetrwania pasterzy, poszukiwaczy złota i podróżników przemierzających australijski outback. Dziś chleb aborygeński przeżywa swój renesans, a nowoczesne przepisy łączą zachodnie techniki wypieku z tradycyjnymi składnikami, jak na przykład mielone nasiona akacji. Tych prawdziwych akacji, bo drzewa nazywane u nas potocznie akacjami, to w rzeczywistości grochodrzewy, których nasiona są trujące.
- Czy jadłaś kiedykolwiek Bush Bread, albo damper?
Nie, ale może sama spróbuję go upiec? Ognisko mogę rozpalić w ogrodzie, a nasiona jadalnej akacji widziałam w sklepie zielarskim... Jeżeli się uda, to przyniosę panu Ryszardowi do degustacji...
Fot. Thinkstock, The "Kaikai" Book - Damper, Domboy and Scone Recipes; Wikipedia; Wungening Aboriginal Corporation
---------------
Rozmawiał Kuba Terakowski.
A może ktoś z Was chciałby opowiedzieć tutaj o sobie? Może ktoś chciałby kogoś rekomendować? Z przyjemnością udostępnimy nasze łamy (w tym celu poprosimy o zostawienie numeru telefonu w piekarni, lub kontakt via e.mail: [email protected])