16/08/2026
Bohaterką trzydziestej pierwszej z cyklu niedzielnych rozmów z naszymi Klientami jest pani Krystyna Wróblewska Zapraszamy do lektury.
-----------
- Które pieczywo od Majchrowskiego smakuje Pani najbardziej?
Chleb razowy i razowy z sezamem, chociaż inne wypieki też mi smakują. Ja w ogóle bardzo lubię tradycyjne wypieki, robione na zakwasie, bez polepszaczy.
- A skąd Pani wie o tej piekarni?
Zaczęło się od tego, że pracowałam w Urzędzie Marszałkowskim, nieopodal Dolnej Bramy. Kiedyś zajrzałam do piekarni i to wystarczyło, abym została stałą klientką. Teraz jestem już na emeryturze i na Stare Przedmieście mam dość daleko, lecz z radością zauważyłam, że pan Majchrowski dostarcza pieczywo do sklepu Rzeźnik z PRL-u, do którego mam blisko.
- Czyli teraz nie bywa już Pani w piekarni?
Nie, ponieważ musiałabym wstać bardzo wcześnie, aby nie zastać pustych półek, bo pieczywo kończy się tam bardzo szybko. Mój osiedlowy sklep wybawił mnie z tej opresji... (śmiech)
- Z czym najbardziej smakuje Pani ten chleb?
Do piętek wystarcza mi dobre masło, a - wstyd przyznać - od razu zjadam obydwie. Natomiast do kanapek lubię twarożek, albo wędlinę z pomidorem. Dla mnie chleb mógłby składać się z samych piętek... (śmiech). Pamiętam, jak w dzieciństwie chodziłam po chleb do małej, prywatnej piekarni, w której nie dość, że pięknie pachniało pieczywem, to jeszcze można było kupić ciepłe pieczywo. Zjadałam piętki zanim wystygły, chociaż wszyscy mówili, że to niezdrowe.
- Która to była piekarnia? Urodziła się Pani w Gdańsku?
Nie, pochodzę z Wałbrzycha. A piekarnia - o ile pamiętam - należała do rodziny Rajewskich i nadal istnieje.
- Jak zatem trafiła Pani do Gdańska?
Przyjechałam tu w roku 1978, na studia.
- A co Pani studiowała?
Filologię angielską.
- To zapewne wielokrotnie była Pani w Wielkiej Brytanii. Smakował Pani tam chleb? Bo ja z niesmakiem wspominam chleb tostowy z Londynu.
No, cóż... W Wielkiej Brytanii bywałam w czasach studenckich, gdy budżet na wyjazdy miałam - delikatnie mówiąc - dość skromny. Zaopatrywałam się więc w najtańszych sklepach, wybierając niższe półki, gdzie trudno było o przysmaki... Nie wiem zatem, czy nie było tam wtedy dobrego pieczywa, czy go po prostu - z przyczyn ekonomicznych - nie kupowałam. Z tamtych czasów nie pamiętam stamtąd dobrego chleba.
- A skąd Pani pamięta?
Bardzo smakowały mi pszenne chleby włoskie, chociaż są zupełnie inne w stylu, niż nasze ciężkie, tradycyjne pieczywo. Bardzo lubię francuskie bagietki - delikatne i puszyste. W Brukseli jadłam doskonałe chleby na zakwasie, ale trzeba wiedzieć, gdzie ich szukać. To nie tak, że dobre pieczywo można kupić tylko w małych, rzemieślniczych piekarniach w Polsce. Za granicą też jest, lecz - podobnie jak u nas - nie w supermarketach. Każdy kraj ma trochę inną tradycję. Uwielbiam litewskie chleby, ciemne, ciężkie - klasyczne w tamtych rejonach, także w Estonii oraz na Łotwie. Ja w ogóle lubię kuchnię - polską, ale także zagraniczną. Lubię poznawać inne kraje od kulinarnej strony. Uważam, że to bardzo ważna część kultury.
- Czy któraś kuchnia szczególnie przypadła Pani do gustu?
Lubię różne potrawy z różnych krajów. Mam bardzo dużą słabość do frutti di mare, jadałam i przepyszne mule, i doskonale przyrządzone homary, długo przekonywałam się do ostryg, lecz w końcu je polubiłam. Uwielbiam - zbiorczo nazwę - kuchnię azjatycką, chociaż to określenie jest zbyt ogólne i szerokie, bo tam każdy kraj, a nawet region ma inną kulinarną specyfikę.
- A jadła Pani - chociaż to nie są stricte frutti di mare - nasze rodzime raki?
Tak, oczywiście. I bardzo mi smakowały. Trafiłam na nie na Żuławach, a w Małym Holendrze jadłam świetną zupę rakową. Raz zrobiłam też raki samodzielnie, lecz to spore wyzwanie; to już krewetki są prostsze w przygotowaniu, bo mają miększy pancerzyk.
- Czy mieszka Pani na Chełmie od samego przybycia do Gdańska?
Nie, najpierw mieszkałam przy Jaśkowej Dolinie, a od pewnego czasu - przy Wawelskiej.
- I jak się tam Pani mieszka?
Bardzo dobrze, chociaż z trudnością pożegnałam Jaśkową Dolinę, bo to piękne okolice. Tu, w rejonie Wawelskiej, wciąż jest sporo zieleni, na której bardzo mi zależy. Osiedla są ładne, zadbane i chyba jedyne czego mi brakuje, to windy na czwartym piętrze... (śmiech).
- I nic, ale to nic - poza brakiem windy - nie przeszkadza tam Pani?
No cóż, przestałabym kosić trawniki i posadziłabym więcej zieleni. Gdy sprowadziłam się tu, to wzdłuż ulicy stał piękny szpaler lip, z którego niestety zostało kilka.
- Wycięto je?
Nie, uschły. Były sugestie, że komuś przeszkadzały i je podtruwano, ale z natury nie jestem podejrzliwa. Z pewnością zostały zaatakowane przez jakieś szkodniki, więc być może przyczyna była naturalna; szkoda tylko, że ich nie dopilnowano odpowiednio.
- A jak Pani ocenia zmiany, które nastąpiły w Gdańsku na przestrzeni tych lat, gdy tutaj Pani mieszka?
Zawsze miałam słabość do Gdańska i przyjeżdżałam tu często jeszcze w czasach gdy mieszkałam w Wałbrzychu, nie wiem więc czy jestem obiektywna. Moim zdaniem większość zmian jest bardzo korzystna, Gdańsk wypiękniał przez te pół wieku. Jest coraz czystszy, infrastrukturę ma coraz lepszą, ale chciałabym tu mieć jeszcze więcej zieleni; martwię się zabetonowywaniem każdego wolnego skrawka. Negatywne jest też oddanie większości nowych budynków pod wynajem krótkoterminowy, to nie jest dobre dla miasta i jego mieszkańców.
- Czy ma Pani w Gdańsku swoje ulubione trasy spacerowe?
Tak, bardzo lubię Główne Miasto, szczególnie poza sezonem. Lubię Park Oliwski i Oruński, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Lubię Orunię Dolną i Opływ Motławy, czyli także okolice piekarni.
- Wspomniała Pani o pracy w Urzędzie Marszałkowskim; czym się Pani tam zajmowała?
Odpowiadałam za współpracę województwa pomorskiego z zagranicznymi partnerami, w tym szczególnie za współpracę bałtycką i obecność naszego województwa w sieci organizacji bałtyckich.
- Współpracowała Pani z Rosją, z obwodem królewieckim?
Tak, i bardzo w nią wierzyłam. Uważam, że podstawą dobrych relacji jest możliwość zachowania dialogu, bo jeżeli przerywa się kontakty, to ludzie przestają siebie rozumieć. I to jest najprostsza droga do konfliktów, do ulegania negatywnej propagandzie, do agresji. Tamta Rosja była zupełnie inna, niż obecna, a przynajmniej starała się robić takie wrażenie. Gdy zaczynałam działać na rzecz współpracy międzynarodowej, to Rosja właśnie otwierała się na świat. Wydawało się, mnie również, ale także decydentom we wszystkich krajach, że jest szansa na jej demokratyzację, chociaż nie ma tam takich tradycji. Najlepiej współpracowało mi się z obwodem królewieckim na samym początku, bo wtedy tamtejszy gubernator, Matoczkin, był otwarty na Zachód. Z każdym kolejnym gubernatorem było gorzej, ale do samego końca, do wybuchu wojny, mieliśmy bardzo dobre kontakty z tamtejszymi organizacjami pozarządowymi i realizowaliśmy wspólne projekty.
- Bywała Pani zatem w Królewcu?
O, tak - wielokrotnie. I obserwowałam tam ogromne zmiany, widziałam jak z zaniedbanego i zapuszczonego obszaru powstaje coraz nowocześniejszy.
- Czy myśli Pani, że istnieje jakakolwiek szansa na odbudowanie relacji z Rosją?
Z tą Rosją? Nie. To wymagałoby wielu, wielu lat; zbyt daleko posunęły się tam zmiany mentalne. Oczywiście nie ma tam wiarygodnych badań poparcia i nastrojów społecznych, ale myślę, że tendencje są wyraziste i trudne do odwrócenia. Również dlatego, że jest to odruch obronny, bo - moim zdaniem - trudno przyznać się to tego, że jest się obywatelem kraju, który popełnia zbrodnie. Bardzo źle, że Rosja nigdy nie rozliczyła się z historii, nigdy nie spojrzała w lustro, wciąż uważa, że bez żadnej pomocy wygrała Drugą Wojnę Światową, wyzwalając świat bez użycia przemocy, bez mordów, gwałtów, rabunków i zniszczeń.
- Czym Pani zajmuje się teraz, na emeryturze?
W dużej mierze robię to samo, co dawniej, zawodowo. Bo oprócz tego, że mam trochę więcej czasu na czytanie książek, to nadal funkcjonuję w projektach międzynarodowych programu unijnego Interreg, zajmujących się budową i wsparciem silnych lokalnych społeczności. Naszym celem jest tworzenie tak zwanej "odporności społecznej", której fundamentem są bliskie relacje, mocne więzi i lokalna kultura. Mocno wierzymy bowiem w to, a wojna na Ukrainie potwierdza, że jeżeli mieszkańcy danego terenu dobrze znają swoje otoczenie i siebie nawzajem, jeżeli czują się zakorzenieni, to w obliczu zagrożenia lepiej sobie radzą. To ważne nie tylko przez wzgląd na wojnę, która trwa za naszą granicą, ale też z uwagi na klęski spowodowane przez zmiany klimatu - susze, powodzie, nawałnice, pożary.
- Wspomniała Pani, że ma teraz więcej czasu na lekturę, co zatem czyta Pani obecnie?
Kilka bardzo różnych książek równocześnie... (śmiech) To "Faronauci. Dookoła Bałtyku", Adama Bobińskiego, wydawnictwa Czarne; "Laboratorium Palestyna", Antony Loewensteina, wydawnictwa Szczeliny; właśnie skończyłam "Amerykę. Dom podzielony", Andrzeja Kohuta. Lubię książki o Japonii, ostatnio sporo czytałam o Rumunii i Portugalii, bo oprócz tego, że mam stały zakres zainteresowań, to kieruję się też tematyką wybieraną w danym roku przez inicjatywy, które śledzę.
- Czyli?
Ostatnio był to Sopocki Festiwal Literatury, w ubiegłym roku promujący literaturę rumuńską, a w tym - portugalską.
- A bardziej prozaicznie: wspomniała Pani, że interesuje się kuchnią. Gotuje Pani?
O, tak - bardzo chętnie.
- Ma Pani swoje spécialité de la maison?
Mam kilka ulubionych zup, to żurek, ogórkowa i pomidorowa, ale taka "moja". Był czas, gdy eksperymentowałam z kuchnią azjatycką; lubię różnego rodzaju mięsiwa, uwielbiam ryby, znajomi bardzo chwalą moją paschę.
- Zdradzi Pani przepis na tę "osobistą" pomidorową?
Robię ją z samych pomidorów, najchętniej żółtych, bo są bardzo smaczne i nadają zupie ładny kolor. Do dobrze rozgotowanych pomidorów dodaję odrobinę rosołu i zabielam jogurtem. A podaję ją z lanym ciastem. To przepis z domu wzięty.
- I ani odrobiny przecieru pomidorowego?
Ani odrobiny, chociaż podobno przecier pogłębia smak. To same pomidory.
- Z własnej działki?
Nie, działka to akurat nie mój żywioł.
- A próbowała Pani piec chleb?
Tak, i to na różne sposoby. Kupiłam nawet maszynę do chleba, próbowałam robić chleb na zakwasie, próbowałam na drożdżach. I z ręką na sercu muszę przyznać, że nie był ani w połowie tak smaczny jak ten z Dolnej Bramy. Chleb od pana Majchrowskiego jest więc dla mnie wybawieniem... (śmiech).
---------------
Rozmawiał Kuba Terakowski.
A może ktoś z Was chciałby opowiedzieć tutaj o sobie? Może ktoś chciałby kogoś rekomendować? Z przyjemnością udostępnimy nasze łamy (w tym celu poprosimy o zostawienie numeru telefonu w piekarni, lub kontakt via e.mail: [email protected]).