21/05/2026
Dokąd zmierza ten Wielki Świat
https://www.facebook.com/share/18mrwi8cT8/
„Kup pan... statuetkę”, czyli o kulisach wielkiego sukcesu, za który trzeba najpierw... zrobić przelew.
Długo zastanawiałam się, czy napisać ten post i nadal mam pewne wątpliwości, ale ta sprawa po prostu nie daje mi spokoju.
Ostatnio moje serce mocniej zabiło. Otwieram skrzynkę mailową, przeglądam wiadomości i trafiam na coś wyjątkowo intrygującego. Z treści dowiaduję się, że redakcja jednego z magazynów z wielką przyjemnością nominowała mnie w kategorii „Leader in Cake Decorating Education”.
Pomyślałam: „Wow, jak miło! Ktoś docenił te wszystkie godziny spędzone na szkoleniach, dopracowywanie technik, całą pracę i serce, które w to wkładam!”.
Jednak im dłużej czytałam tego maila, tym bardziej docierało do mnie, że to wiadomość w stylu legendarnego „księcia z Nigerii” albo szejka z Arabii Saudyjskiej, który akurat nie ma komu zostawić milionowego spadku i wybrał właśnie mnie, bo wydałam mu się wyjątkowa.
Okazuje się bowiem, że ta prestiżowa statuetka, dwuosobowe zaproszenie do Mediolanu na elegancką kolację i wywiad mogą być moje. Warunek? Jedynie... pięciocyfrowa kwota netto na fakturze.
Żeby było zabawniej (i żeby do końca dolać oliwy do ognia mojego oburzenia), tego samego dnia dostałam kolejną ofertę. Inny branżowy magazyn przygotowuje właśnie wykaz szkoleniowców i zamierza 'podpowiedzieć' czytelnikom, gdzie warto pójść.
Zasady znalezienia się w tym zestawieniu? Bardzo proste i wyjątkowo „merytoryczne” - kwota XYZ.
I w tym momencie wszystko staje się jasne. To nie jest żaden obiektywny artykuł. To po prostu płatny katalog reklamowy, który sprytnie udaje niezależne zestawienie najlepszych.
Co jednak najbardziej mnie oburza i co uważam za fundamentalnie niesprawiedliwe?
Nikt, absolutnie nikt, nie sprawdził moich warunków szkoleniowych. Nikt nie zapytał o standard mojej sali, o sprzęt, o to, czy każdy uczestnik ma swoje niezależne stanowisko pracy i czy podchodzę do ludzi indywidualnie. Nikt nie zadał sobie trudu, by wysłać audytora, który oceniłby, jak realnie uczę.
Co gorsza, nikt z Organizatorów nie zapytał o zdanie Was – moich absolwentów. Nikt nie przeprowadził ankiet satysfakcji, nie zweryfikował Waszych postępów. Cały ten wielki blichtr w Mediolanie opiera się wyłącznie na pustych hasłach reklamowych i przelewach bankowych, a nie na realnej ocenie mojej pracy.
Dlaczego w ogóle o tym piszę?
Mogłabym nad tym machnąć ręką, ale uważam, że to jest po prostu nie fair. Ani wobec osób, które ciężką, rzetelną pracą latami budują swoją pozycję na rynku, ani – przede wszystkim – wobec Was.
Jako konsumenci, czytelnicy i kursanci, codziennie jesteśmy w sieci karmieni idealnymi obrazkami. Widzimy na profilach logotypy „Laureat Roku”, zdjęcia z luksusowych gal, dyplomy w złotych ramkach i wysokie miejsca w rankingach.
Rzeczywistość jednak bywa taka, że ten „top” różni się od innych marek głównie tym, że po prostu miał w budżecie wolne kilka tysięcy złotych na zakup statuetki, która teraz ładnie błyszczy na półce i buduje iluzję autorytetu.
Chciałam to napisać, żebyśmy po prostu grali w otwarte karty. Żadne kupione dyplomy nigdy nie zastąpią rzetelnej wiedzy i serca włożonego w pracę. I tego będę się trzymać. ❤️
*zdjęcie wygenerowane przez AI